Forum Sympatyków Janusza Korwin-Mikkego
Home - Album - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj


!!!!! UWAGA - FORUM ZOSTAŁO PRZENIESIONE NA PRYWATNY SERWER - ZNAJDUJEMY SIĘ POD ADRESEM: http://FRIZONA.pl

Katol= antysemita. Alina Cała vs Rafał Ziemkiewicz



 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Merytoryczna Reaktywacja! Strona Główna -> Historia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
plainview



Dołączył: 15 Kwi 2009
Pochwał: 6
Posty: 404
Skąd: Galicja
Płeć: Mężczyzna
Poglądy: ko-liber

PostWysłany: Pią Cze 19, 2009 5:06 pm    Temat postu: Katol= antysemita. Alina Cała vs Rafał Ziemkiewicz
Odpowiedz z cytatem

W swoim obszernym tekście Cała przedstawia, powołując się na liczne źródła historyczne, obraz Polaków jako zaciekłych antysemitów. Przytacza liczne fakty (głównie z pierwszej połowy XX wieku) mające poprzeć jej tezę, mówiącą o budowaniu antyżydowskiego klimatu przez kościół.

Ziemkiewicz polemizując z Całą, kwestionuje wiarygodność wielu źródeł, zarzuca jej także manipulowanie faktami oraz pisanie pod założoną wcześniej tezę.



Cytat:
Antysemicki świat antywartości


Przytłaczająca większość przedwojennych elit wykluczała Żydów z polskiej wspólnoty obywatelskiej. A podczas okupacji żadna z głoszących wcześniej antysemityzm partii się nie wycofała ze swoich założeń – pisze historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego


Epoka oświecenia i większość XIX w. były okresem względnie zgodnego współżycia między Europejczykami a wyznawcami judaizmu. Ustały prześladowania, które były skutkiem chrześcijańskiego antyjudaizmu prowadzącego do wykształcenia się w średniowieczu przesądnego wizerunku Żyda. Ustały procesy wytaczane pod zarzutem bezczeszczenia hostii czy porywania dzieci na mace.

Antyjudaizm, choć wciąż obowiązywał w oficjalnej wykładni katolicyzmu, przestał być eksponowany w popularnych naukach kościelnych. W poszczególnych krajach Żydzi zdobywali równe prawa i zaczęli uczestniczyć w życiu społeczeństw chrześcijańskich.

Polak katolik

Antysemityzm był reakcją na ten proces. Powstał w latach 60. XIX wieku w Prusach i szybko rozprzestrzenił się na inne kraje Europy Środkowo-Zachodniej i Wschodniej. Na ziemiach polskich ideologia antysemityzmu była zapożyczana zarówno z Zachodu, jak i ze Wschodu, czyli z Imperium Rosyjskiego (a Rosja zapożyczała także z Polski). Pierwocinami antysemityzmu polskiego był tygodnik „Rola” wydawany w latach 1883 – 1913 w Warszawie. Dziennikarze tego pisma w dużej mierze ukształtowali język i symbolikę polskich antysemitów. Działacze Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego przekuli je na program polityczny. Co ciekawe, i wydawca „Roli”, i aktywiści endeccy spotykali się w XIX w. z krytyką ze strony Kościoła katolickiego, który odrzucał teorię darwinizmu społecznego, potępiał rasizm i zasadę egoizmu narodowego. W wydanych w 1874 r. zasadach nauczania pasterskiego kierowanych do kleryków ks. Józef Krukowski stwierdzał, że Żydów nie wolno wykluczać „z obrębu miłości chrześcijańskiej”, i dodawał: „pleban powinien swoich zachęcać do zgody z Żydami, aby budowali przykładem”.

Przed I wojną światową coraz więcej duchownych sympatyzowało jednak z endecją. W 1906 r. ks. Ignacy Kłopotowski założył pismo „Polak katolik”, które nazwał „wybitnie katolickim i antysemickim”. Polski Kościół stawał się coraz bardziej narodowy, wbrew zastrzeżeniom Watykanu i wbrew zaczątkom budowania bardziej otwartego modelu religijności, rodzącego się w kilku krajach Europy Zachodniej. W Polsce międzywojennej hierarchia propagowała wzorzec Polaka katolika, którego wyznacznikiem była nienawiść do Żydów, oskarżanych o dążenie do zniszczenia chrześcijaństwa, demoralizowanie młodzieży, propagowanie ateizmu i bolszewizmu, o pornografię.

Po śmierci Piłsudskiego zarówno obóz narodowy, jak i prasa katolicka wzmogły antyżydowską agitację. Właściwie wszystkie katolickie periodyki, o ile zabierały głos na temat Żydów, to zawsze był to głos nienawistny i antysemicki. Nieliczne periodyki, jak „Verbum”, milczały – żaden nie stanął w obronie ofiar nagonki.

Pseudonim Swastyka O nastawieniu polskiego Kościoła niech świadczy kilka wypisów z prasy konfesyjnej. W założonym z inicjatywy episkopatu Polski „Małym Dzienniku”, wydawanym w klasztorze franciszkanów w Niepokalanowie w nakładzie ponad 200 tys. egzemplarzy, pisano w 1939 r., że Hitler „ma wzory wśród Wielkich papieży, którzy zwalczali złość żydowską, ma on wzory wśród świętych, ma opatrznościowe posłannictwo, by poskromić złość żydowską i uratować ludzkość od żydo-komuny”. Albo takie fałszywe uogólnienia, jak to: „kradzież i fałszywe świadectwo stały się dziś głównym narzędziem działania trzymilionowej rzeszy ludności, wychowanej nie na chrześcijańskich zasadach Ewangelii, ale ponurych mrokach Talmudu, który pozwala kraść i kłamać, jeśli się ma do czynienia z obcym”.

Charakterystyczne były tytuły artykułów, np.: „Rappaport nie może być Rapackim! Maskarada żydowskich muzyków musi być tępiona i zakazana” albo „Oaza palestyńska pod Warszawą. Rozpasanie żydostwa na odcinku Falenica – Otwock” lub ostrzej „Jeżeli nie wypowiemy im walki, żydowski powróz zadusi nas” czy „Żydzi przenoszą tyfus plamisty” i „Żydzi rozsadnikami tyfusu”.

Kardynałowi Kakowskiemu najwyraźniej podobał się ten ton i język, skoro w 224 numerze gazety cieszył się, że spełnia ona „chlubną misję obrony i wzmacniania zdrowia moralnego”. A jak brzmiało chrześcijańskie potępienie „nocy kryształowej”, można się dowiedzieć z wypowiedzi zamieszczonej w „Posłańcu serca Jezusowego” (1939): „Możnaby zrozumieć, gdyby w tym opętaniu nienawiści palono żydowskie banki i domy gier, żydowskie kina i domy publiczne, ale palenie synagog?”.

W piśmie „Pro Christo”, wydawanym przez Zgromadzenie Księży Marianów na warszawskich Bielanach, ks. Marian Wiśniewski pisał: „Żydzi jako naród bogobójczy, największym w świecie szaleństwem i zbrodnią skalany, w większej też mierze niż chrześcijanie, a nawet poganie według prawa natury żyjący, zostali zaślepieni i skażeni, a zatem jako rozsadnik zła od współżycia z innymi narodami mają być usunięci i ściśle odgrodzeni”. Albo takie nauki tegoż kapłana: „walka i dochodzenie swoich słusznych praw w niczym ani religii chrześcijańskiej, ani takiejże miłości bliźniego nie są przeciwne i skrupułów pod tym względem broniący się przed Żydami Aryjczycy robić sobie nie powinni”.

W 1934 r. autor o wymownym pseudonimie Swastyka pisał na łamach „Pro Christo”: „w Polsce rdzennym Aryjczykiem może być ten, kto może udowodnić, że przynajmniej od pięciu pokoleń nie było w jego rodzie osoby rasy żydowskiej”, a ks. Wiśniewski dodawał: „Zwalczać was będziemy rasowo, ale nie dlatego, żeście rasą semicką, lecz dlatego, żeście zwyrodniałym odpryskiem tej rasy, zarażającym nasz organizm”.

Ks. Witold Gronkowski w tak szacownym organie jakim było „Ateneum Kapłańskie” posunął się do podważenia teologicznego sensu sakramentu chrztu, gdy dowodził, że Żydzi ochrzczeni nie przestają być członkami narodu żydowskiego i rasy żydowskiej, bowiem liczą się nie względy religijne, lecz uczucia patriotyczne i stosunek do państwa, zaś sakrament „nie jest zdolny przekształcić krwi, koloru skóry, cech rasowych tego osobnika, który go przyjmuje”. Ks. Franciszek Błotnicki w 1939 r. dowodził na łamach „Gazety Kościelnej”, że „pomiędzy Aryjczykami a żydami istnieje przepaść duchowa (moralna i umysłowa) a nawet fizyczna (...) Istnieje coś fizycznego, coś, co nas od żydów odtrąca, jak np. białego od murzyna, których dzieli nie tylko kolor skóry, lecz i odmienny zapach”.

W kierowanej do katolickiej inteligencji „Kulturze” można było przeczytać: „Żydzi są pasożytami. Istotnie nasz emocjonalny stosunek do nich jest bardzo podobny do stanowiska, jakie zajmujemy wobec pchły czy pluskwy. Zabić, zniszczyć, pozbyć się. Pasożyt obchodzi mnie o tyle tylko, że mi przeszkadza”. Trudno było nie czuć nienawiści do Żydów po przeczytaniu takich wypowiedzi, podpartych autorytetem Kościoła[1].

Nawet 70 ofiar

Zmasowana agitacja antysemicka przyczyniła się do wybuchu przemocy. Jolanta Żyndul w dobrze udokumentowanej pracy „Zajścia antyżydowskie w Polsce w latach 1935 – 1937” wymieniła ponad 100 miejscowości, w których wybuchły antyżydowskie rozruchy, między innymi w Odrzywole w powiecie opoczyńskim (20 i 27 listopada 1935 r.), gdzie zabito pięć osób, Mińsku Mazowieckim (1 – 4 czerwca1936 r.) oraz okolicznych Mrozach, Kołbieli, Dobrem, a ponadto w Przytyku (9 marca 1936 r.), w którym wśród ofiar był polski chłop zastrzelony przez żydowską samoobronę oraz małżeństwo żydowskie. W procesie sądowym skazano członków samoobrony, ale zabójcy małżeństwa zostali uniewinnieni.

W tym samym czasie bojówki Stronnictwa Narodowego i ONR napadały na żydowskich przechodniów, lżąc ich, bijąc lub (w kilku przypadkach) oblewając kwasem żrącym. W Warszawie i Łodzi w pierwszej połowie 1936 r. doszło do 236 takich napaści i pobić. Inną wygodną (bo trudno wykrywalną i niewymagającą siły ani odwagi) formą przemocy był wandalizm, zarówno spontaniczny, jak i organizowany przez narodowców. Polegał głównie na wybijaniu szyb w sklepach, domach i instytucjach żydowskich. W białostockim policja notowała kwartalnie ok. tysiąca wybitych szyb.[2]

W pogromach ponad 2 tys. ludzi zostało rannych lub poturbowanych, a ich mienie zrabowane lub zniszczone. Nie wiadomo dokładnie, ile osób zginęło, Jolanta Żyndul skłania się do liczby 17 ofiar śmiertelnych, ale przytacza inne źródła, które mówią o 25 a nawet 70 ofiarach. Niektóre zachowania uczestników pogromów stały się wzorem dla podobnych zachowań w czasie okupacji. Chłopi udający się pustymi wozami, by szabrować mienie pozostałe po wysiedlanych, działali z chciwości uwolnionej przez nazistów, ale zarazem powtarzali wzór zachowań, który pojawił się podczas niektórych pogromów lat 1935 – 1937. Gdyby nie tamte ekscesy, to żerowanie na cudzym nieszczęściu może byłoby bardziej wstydliwe.

W późnych latach 30. wszystkie partie prawicowe oraz większość centroprawicowych włączyło antysemityzm do swoich programów. Także władze państwa uznały, że ludność żydowska szkodzi Polsce i opowiedziały się za projektem masowej jej emigracji, którą wspierać miały dyskryminacje i ograniczenia ekonomiczne. ONR domagał się, by Żydów pozbawić obywatelstwa, zarekwirować majątki, przesiedlić do gett. Pragnął zmusić ich do emigracji za pomocą szykan ekonomicznych i przemocy, a ponadto żądał, by „emigrację” (właściwsze by tu było słowo „deportacja”) finansowały organizacje żydowskie.

Przytłaczająca większość politycznych elit wykluczyła Żydów ze wspólnoty narodowej i obywatelskiej. Podczas okupacji żadna z tych partii nie wycofała się ze swoich założeń programowych, a rząd w Londynie zrobił to z oporami, na skutek nacisków ze strony Anglików. Stronnictwo Pracy, formacja chadecka, założona m.in. przez Władysława Sikorskiego w czasie okupacji postulowała usunięcie z Polski wszystkich młodych Żydów, którzy przetrwają zagładę. Starzy mieli pozostać, ale pozbawieni obywatelstwa, odsunięci od urzędów, służby w wojsku oraz możliwości produkcji dóbr materialnych i kulturalnych poza własnym środowiskiem – był to zatem wariant programu totalitarnej prawicy spod znaku ONR[3].

Schemat „żydokomuny”

Narodowe Siły Zbrojne stworzone przez działaczy ONR i SN dokonywały zabójstw ukrywających się Żydów, bowiem utożsamiły ich z „bolszewikami” i uważały za wrogów takich samych jak Niemcy. Tym faktom nie zaprzeczają nawet apologetycy NSZ, jak Marek Jan Chodakiewicz w książce „Narodowe Siły Zbrojne. »Ząb« przeciw dwu wrogom”, który o tych zbrodniach wspomina, choć próbuje je usprawiedliwiać. Przed powstaniem warszawskim, na wiosnę 1944 r., współpracujący z Delegaturą Rządu wywiad NSZ na liście domniemanych „komunistów, żydofilów i masonów” przeznaczonych do „likwidacji” umieścił działaczy „Żegoty”, w tym Irenę Sendlerową. Związany z przedwojennym ONR Odział Chrobrego wymordował 11.09.1944 r. kilkanaścioro ukrywających się Żydów, w tym dzieci i kobiety (które przed śmiercią zgwałcono).

Generał Stefan Grot-Rowecki wprawdzie w lutym 1943 r. rozesłał rozkaz do komendantów okręgowych AK nakazujący udzielanie pomocy Żydom walczącym w gettach oraz zezwalający na tworzenie żydowskich oddziałów leśnych, ale tylko „spośród nastawionego patriotycznie elementu” – zaliczył do niego bundowców i syjonistów. Jednocześnie zabronił użycia tych oddziałów w walkach.

O incydentach mordowania ukrywających się przez oddziały AK można przeczytać w książce wydanej przez IPN „Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką”. Komendant Okręgu Białostockiego AK, pułkownik Władysław Liniarski „Mścisław”, w lipcu 1943 r. wydał rozkaz, by podległe mu jednostki „likwidowały” ukrywających się w lasach Żydów, których określił mianem „band komunistyczno-żydowskich”.

Adam Puławski, autor artykułu „Postrzeganie żydowskich oddziałów partyzanckich przez Armię Krajową i Delegaturę Rządu na Kraj” („Pamięć i Sprawiedliwość” 2003, nr 2), po przeanalizowaniu raportów Komendy Głównej AK i Delegatury Rządu, a także sprawozdań dowództwa Okręgu Lubelskiego AK, podsumował: „Sposób myślenia był więc następujący: Żydzi mieli prawo ukrywać się, ale nie mogli z tego powodu stosować „bandyckich” metod zdobywania środków na przetrwanie (…) W dokumentach brak jest rozważań o możliwości wystosowania apelu o powszechną pomoc dla Żydów (…) Podobnie było w kwestii utożsamiania przez AK żydowskich partyzantów z komunistami – a przecież partyzanci żydowscy wstępowali lub przyłączali się do oddziałów komunistycznych nie dlatego, że ulegali ideologii, ale chcąc ratować życie; nie mieli innego wyjścia, nie byli bowiem przyjmowani do oddziałów akowskich”.

Charakterystyczna dla poglądów władz państwa podziemnego była depesza Grota-Roweckiego do Londynu (grudzień 1942 r.), w której tłumaczył obiekcje w sprawie dozbrojenia Żydowskiej Organizacji Bojowej: „Żydzi poniewczasie z różnych grupek, również komuniści, zgłaszają się do nas po broń, tak jakbyśmy mieli pełne magazyny. Tytułem próby wydałem trochę pistoletów, nie mam pewności, czy w ogóle tę broń użyją”.

Jeszcze bardziej bezdusznie brzmiała opinia przedstawiciela policyjnego kontrwywiadu w Warszawie por. Bolesława Nanowskiego „Zadora” (11 lutego 1943 r.): „Nie można liczyć na taki opór Żydów, dla którego warto by było dawać im broń. Straty Niemców nie wyrównają wartości broni, a opór Żydów nie zasłuży nawet na zaszczytną wzmiankę o honorze polskich Żydów”. W konspiracyjnym organie Stronnictwa Demokratycznego i AK „Nowy Dzień” (26 lipca 1943 r.) zagładę getta nazwano „żydowskim kontredansem”.

Wciąż żywy stereotyp rzekomo powszechnej kolaboracji Żydów z sowieckim okupantem służył w czasie okupacji usprawiedliwianiu denuncjacji, mordowania lub rabunku mienia. Trzech autorów, Krzysztof Jasiewicz („Pierwsi po diable. Elity sowieckie w okupowanej Polsce 1939 – 1941”), Jan Tomasz Gross („Upiorna dekada”) i Andrzej Żbikowski („U genezy Jedwabnego”) zadali sobie trud, by sprawdzić prawdziwość tego stwierdzenia. Mozolnie wyliczyli, ilu polskich i radzieckich Żydów pracowało w sowieckiej administracji, aparacie przemocy, ochotniczych milicjach itp. na terenach okupowanych przez ZSRR, zaprzeczając stereotypowi.

Żbikowski zauważył, że we władzach samorządowych miast kresowych nastąpił spadek liczby Żydów w porównaniu ze stanem przedwojennym. Niewielu Żydów przyjmowano do struktur siłowych, a wywózki dotykały Żydów w proporcjonalnie większym stopniu niż pozostałą ludność, zwłaszcza w 1941 r.

Przekonanie o witaniu Armii Czerwonej, o powszechnej kolaboracji właśnie Żydów wynikało z zakorzenionego antysemickiego schematu „żydokomuny” eksploatowanego już przed wojną (np. w tygodniku „Rycerz Niepokalanej”), a wzmocnionego zmasowaną propagandą hitlerowską, która właśnie w wątku utożsamienia Żydów z Sowietami okazała się najskuteczniejsza, podczas gdy inne eksploatowane przez okupantów wątki propagandowe były mniej nośne.

Pomagała lewica

Ci, którzy ratowali Żydów (do dnia dzisiejszego 6100 Polaków i Polek zostało uhonorowanych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata), ryzykowali życiem swoim i swoich rodzin przeważnie za sprawą sąsiadów donosicieli[4]. Bywało i tak, że razem z ukrywanymi byli mordowani przez narodową partyzantkę, która nie tylko utożsamiała wszystkich Żydów z „bolszewikami”, ale ratujących uważała za zdrajców narodu.

Ostracyzm społeczny otaczał Sprawiedliwych długo po wojnie, toteż obawiali się ujawnić swoje bohaterskie czyny. Działająca w Żegocie Maria Hochberg-Mariańska, współautorka książki o ocalonych dzieciach żydowskich („Dzieci oskarżają”, 1947 r.), dziwiła się: „Nie wiem, czy jakiś człowiek poza granicami Polski pojmie i zrozumie fakt, że uratowanie życia ściganemu przez zbrodniarza, bezbronnemu dziecku – może okryć kogoś wstydem i hańbą lub narazić na przykrości”.

Michał Borwicz pod koniec lat 40. planował wydanie książki, w której uhonorowani zostaliby Sprawiedliwi. Zrezygnował z tego zamiaru, bowiem wielu ratujących się obawiało ujawnienia swojej tożsamości. Potem długo otaczało ich dwuznaczne milczenie. O trwałości owego ambiwalentnego nastawienia świadczy i to, że po 1989 r. głosami prawicy Sejm dwukrotnie odrzucił wniosek o przyznanie Sprawiedliwym praw kombatanckich. Kościół zainteresował się uhonorowaniem Sprawiedliwych dopiero teraz. Wybrał rodzinę Ulmów, bowiem śmierć kobiety w ciąży pasuje do dyskursu na temat aborcji, w który to dyskurs coraz częściej wplątywany jest Holokaust.

I jeszcze jedna uwaga. Ikoną Sprawiedliwych, w dużej mierze dzięki publikacjom i wystąpieniom Władysława Bartoszewskiego, stała się Zofia Kossak-Szczucka, działaczka katolicka. Bohaterstwo Ireny Sendlerowej długo pozostawało w cieniu. Można zrozumieć intencje Władysława Bartoszewskiego, który był bliskim współpracownikiem Kossak-Szczuckiej i któremu zależało na uwypukleniu roli katolickiej wiary w podjęciu tak ryzykownej decyzji, jaką było pomaganie Żydom.

Nie może to jednak przesłonić faktu, że stosunkowo więcej pomocy udzielały środowiska lewicowe (do których należała Irena Sendlerowa), odrzucające przedwojenny antysemityzm[5]. To w lewicowej partyzantce mogli dalej walczyć ci przywódcy ŻOB, którzy przeżyli powstanie w getcie. Po tej grupie żydowskich powstańców, którzy zostali skierowani do oddziałów AK w lasach kampinoskich – ślad zaginął.

O ratujących nie zapomniały po wojnie organizacje żydowskie. Komisja Pomocy Polakom przy Wydziale Prawnym Centralnego Komitetu Żydów w Polsce opiekowała się tymi Sprawiedliwymi, którzy się do niej zgłaszali. Udzielała im wsparcia finansowego, poszukiwała dla nich pracy, interweniowała, gdy weszli w konflikt z prawem (w jednym przypadku objęła opieką więźnia, wysyłając mu paczki). Skutecznie interweniowała w sprawie aresztowanego za kontakty z WiN syna księdza Antoniego Ptaszka, duchownego Kościoła starokatolickiego w Krakowie. Podjęła jeszcze kilka interwencji, np. w sprawach odmowy prawa do repatriacji przez władze ZSRR.

Rozumiem niedający się ukoić ból pani Marii Fieldorf, ale jeżeli Żydami byli wszyscy, którzy wzięli udział w sądowym mordzie na jej ojcu, to zamordowali go nie dlatego, że byli Żydami – lecz dlatego, że byli przedstawicielami państwa, które akowców zwalczało.

Likwidatorzy katolicyzmu

Refleksja nad moralnym aspektem postaw w czasie okupacji i zagłady Żydów jest niezmiernie ważna. W krajach zachodnich już od dawna toczy się dyskusja nad problemem moralnego spustoszenia, jakie Europie i jej kulturze przyniósł Hitler. Stała się treścią rozpraw filozoficznych, historycznych, socjologicznych, teologicznych, dzieł artystów, a także w dużym stopniu stała się źródłem namysłu polityków nad prawami człowieka. W Polsce jest ona w powijakach, bowiem mogła się narodzić dopiero po 1989 r. Została zapoczątkowana i istnieje w naukach historycznych, a ponadto w ograniczonym obiegu wysokiej kultury (literatura, sztuka, w mniejszym stopniu publicystyka i teatr).

Zastanawiające, że w kraju, w którym się zagłada dokonała – tak nikła jest wiedza o tym fragmencie dziejów. W podręcznikach szkolnych zajmuje zwykle stronę, pół strony. W dawnym obozie zagłady Auschwitz-Birkenau rzadko można spotkać polskie wycieczki. Pokolenie, które wydarzenia te pamięta – odchodzi. Na niewiedzy mógł wykwitnąć martyrologiczny mit heroiczny, w dodatku eksploatowany politycznie zarówno w przeszłości, jak i dziś.

Tymczasem prawda owych tragicznych wydarzeń poprzez nieuświadomione i zawikłane traumy wojenne pokolenia świadków sięga teraźniejszości. Warto się zastanowić, czy ktoś, kto w czasie wojny wraz z kolegami zgwałcił ukrywającą się Żydówkę, po czym skatowaną odtransportował na gestapo, a potem opijał z kolegami swoje czyny – mógł być później dobrym i czułym mężem oraz ojcem?

Zbrodnie Fritzla, które niedawno wstrząsnęły austriackimi i polskimi mediami, miały swoje korzenie w hitleryzmie jego rodziców. W Austrii to zauważono. Związku między „jak się żony nie bije, to jej wątroba gnije”, albo obroną prawa do „klapsów” a kondycją moralną odziedziczoną po okrucieństwach wojny – nie potrafimy dostrzec. Dla naszego dobra warto rozważyć, czy wysoka tolerancja dla przemocy (słownej i fizycznej) w naszym społeczeństwie nie ma swojego źródła właśnie w wojennej przeszłości.

Hitlerowcy zbudowali rzeczywistość antywartości, w którym zachowania przyzwoite były karane, zaś okrucieństwo i podłość – nagradzane. Już dawniej jednak, od zarania antysemickiej agitacji można się doszukać zaczątków przewartościowania systemu wartości, np. gdy usprawiedliwiano przemoc lub drwiono z jej ofiar. Ci, którzy wyłapywali ukrywających się w lasach, uciekinierów z transportów do obozów zagłady lub mordujący zbiegłych więźniów Sobiboru[6], postępowali zgodnie z hitlerowskim prawem, które musieli sobie przyswoić i zaakceptować. W okupacyjnym slangu owo wyłapywanie określane było wyrażaniem „zdawanie Żydów” – tak jak zdawało się płody rolne w przymusowych kontrybucjach[7].

Ten proces internalizacji byłby zapewne wolniejszy, gdyby nie byli przed wojną bombardowani antysemityzmem przez narodowców i Kościół. Co więcej, nachalna agitacja nazistowska nie była skutecznie zwalczana, lecz jeszcze wzmocniona mową nienawiści, która nie znikła całkiem z ambon ani łamów niektórych gazetek podziemnych.

Niektórzy politycy i niektórzy hierarchowie zdają się nie dostrzegać zagrożeń płynących z jątrzącej mowy, niebezpieczeństwa powtórnego odwrócenia wartości. Czytelnicy „Naszego Dziennika” i słuchacze Radia Maryja ulegają tak silnemu wzburzeniu emocji pod wpływem zasłyszanych i przeczytanych tam treści, że w stanie niemal histerii wysyłają listy zaczynające się od słów: „Ty żydowskie ścierwo”, albo kierują do ambasadora Izraela epistoły, takie jak: „Żydowskie bydło! Mam pretensje do Hitlera, że nie wymordował wszystkich Żydów”; „Naszym hasłem na całym świecie teraz jest: BIJ ŻYDA”; „Szewach[8], jak ty jeszcze raz przyjedziesz do Gdańska, to nie ręczę za siebie i moich kolegów”.

Ich stan emocjonalny może świadczyć o gotowości do przemocy. Głośna krytyka takiej pseudokatechezy w niczym nie zagraża ani wierze, ani instytucji Kościoła. Natomiast katolicy, którzy nie protestują przeciwko szczuciu do nienawiści, może są posłusznymi i wiernymi wyznawcami swojej religii, ale w rzeczywistości są likwidatorami katolicyzmu. Odstręczają od niego bowiem tych, którzy zachowali niepodległe sumienie i widzą hipokryzję w całej jej ostrości.


http://www.rp.pl/artykul/9157,320428_Cala__Antysemicki_swiat_antywartosci.html


Cytat:
W pułapce antypolskiego zacietrzewienia

Alina Cała jest dobitnym przykładem rozzuchwalenia. Nie liczy się z niczym, a najmniej z przyzwoitością. Każdą antysemicką brednię przedwojennego plebana zacytuje z powagą, ale o potępiających antysemityzm wypowiedziach hierarchów nie wspomni

Stwierdzenia, że prawda jest wartością samą w sobie, że wszelki dialog, pojednanie, w ogóle wszelka uczciwa dyskusja muszą dążyć do prawdy, to truizmy. Niestety, w dzisiejszych czasach, gdy coraz częściej mówi się o „postnowoczesności” czy „postpolityce”, gdy w dyskursie miejsce argumentów zajmują medialny krzyk i manipulowanie emocjami, te stare, poczciwe oczywistości bywają odrzucane.

Centralne miejsce w panteonie cnót, zamiast prawdzie, oddawane jest słuszności, o tym zaś, co jest słuszne, decydują jakieś samozwańcze gremia, których legitymację do ferowania bezapelacyjnych wyroków stanowi bezgraniczne przekonanie o posiadaniu najwyższej, moralnej racji. Bolesnym przykładem tej tendencji jest pewien nurt, dość niestety prężny, publicystyki poświęconej wskazywaniu przyczyn antysemityzmu i zbrodni Holokaustu. Publicystyki uprawianej pod pretekstem historiografii, w istocie jednak niemającej z nią nic wspólnego. Jest to raczej szkoła historycznego pamfletu, by nie rzec wprost – historycznego paszkwilu, w którym chodzi o surowe napiętnowanie i sponiewieranie winnych antysemityzmu i wynikłych z niego zbrodni.

Klasyk historycznych wycinanek

I nie tych, o których wiadomo od dawna i których wina jest oczywista, ale ich coraz to nowych odkrywanych „wspólników”. Mogą nimi być szwajcarscy bankierzy, przedwojenni pracownicy IBM, być może – zważywszy na prężność i popularność nurtu – staną się nimi niebawem przedwojenni wytwórcy papieru i ołówków (nikt wszak nie zaprzeczy, że bez nich niemiecka biurokracja nie byłaby w stanie poradzić sobie z przerobem fabryk śmierci); z największą jednak ochotą i swadą autorzy historycznych pamfletów atakują katolików, a w szczególności Polaków.

Tropiciele i demaskatorzy antysemityzmu nie dbają o konteksty, o przyczyny ani skutki – historię traktują jak wycinankę, w której bierze się tylko to, co pasuje, a resztę wyrzuca. Z upodobaniem skupiają uwagę czytelników na wstrząsającym szczególe, by uczynić go dowodem ogólnej prawidłowości. Konstruują tezy o zbiorowej odpowiedzialności i uogólnienia uwłaczające elementarnej uczciwości, odpowiedzialności za słowo i myśl. Co szczególnie groteskowe, ich dzieła niezwykle przypominają w tym antysemicki dyskurs rozmaitych teoretyków i doktrynerów „naukowej” nienawiści do Żydów sprzed stu lat.

Przechowuję w pamięci tytuł niezwykle swego czasu popularnej niemieckiej książki z tego gatunku: „Historia bolszewizmu od Mojżesza po Lenina”. W tym tytule jest wszystko, co charakteryzuje ten sposób myślenia: jest oczywiste, że Mojżesz musiał być bolszewikiem, skoro był Żydem, a Lenin Żydem, skoro był bolszewikiem. Na podobnej zasadzie konstruowana jest teza, że Polacy jako katolicy muszą być antysemitami, bo tak ich kształtuje Biblia – równie wszak logiczna i nieodparta jak teza, że Żydzi muszą być oszustami i pasożytami, bo tak ich kształtuje ich Talmud.

Klasyk i sława historycznych wycinanek, Jan Tomasz Gross, zupełnie otwarcie wygłosił tezę, iż do Holokaustu nie ma zastosowania cały wypracowany przez wieki naukowy aparat krytyki źródeł, albowiem ogrom tej zbrodni był taki, iż każdą relację ocalałego należy przyjmować dosłownie, w każdym szczególe. Wierny swej tezie napisał więc „Sąsiadów” – mocno oskarżycielską książkę o Jedwabnem opartą niemal wyłącznie na opowieści jednego świadka, nie biorąc pod uwagę okoliczności wskazujących, iż może on wybielać swój udział w stalinowskim aparacie zbrodni. Powstała w ten sposób praca głosząca tezę absurdalną – że mord w Jedwabnem był spontanicznym dziełem miejscowych Polaków, sąsiadów ofiar.

Absurdalną, gdyż w Jedwabnem wymordowano niemal wszystkich zaatakowanych, co nie mogło się stać w wyniku pogromu – ktoś musiał całą zbrodnię drobiazgowo zaplanować i zorganizować. To jednoznacznie wskazuje na Niemców, tym bardziej zresztą, że wiadomo skądinąd, iż specjalny oddział wyznaczony do organizowania takich „spontanicznych” pogromów miał Jedwabne na swej trasie. Gross jednak upiera się, że Niemcy tylko fotografowali, bo fakty ani logika nie są ważne, gdy chodzi o wytknięcie i potępienie polskiego antysemityzmu.

Krwawa pasterka

Posługując się metodą takich historycznych wycinanek, można napisać książkę o Westerplatte przedstawiającą żołnierzy majora Sucharskiego jako fanatycznych morderców, którzy w ciągu zaledwie tygodnia wymordowali 200, 300, a według niektórych źródeł nawet 400 Niemców. Strzelali do nich, bezbronnych na odsłoniętym polu, zza murów i nasypów ziemnych, bezkarnie, z ukrycia, rozrywali ich ciała ogniem broni maszynowej, granatami ręcznymi i moździerzowymi. W ciągu tych kilku dni skrawek nadmorskiej ziemi zapełnił się zmasakrowanymi, skrwawionymi ciałami gdańszczan.

Z takiej książki nie dowiedzielibyśmy się, że jakiś Hans Schmidt, jedna z ofiar polskich morderców, był nazistą i uzbrojonym ochotnikiem Freikorpsu, ale moglibyśmy się dowiedzieć, jak gorzko szlochały po nim osierocone dzieci.

Przykład zmyślony, nadto absurdalny? Proszę bardzo, oto inny, jak najbardziej rzeczywisty. Od jednej z „badaczek” polskiego antysemityzmu dowiadujemy się, że w 1881 roku w Warszawie podczas pasterki i po niej doszło do pogromu, w którym Polacy zamordowali 30 Żydów.

Jeśli zweryfikować tę wiadomość w źródłach z epoki, okaże się, że było tak: podczas pasterki przyłapano na gorącym uczynku dwóch kieszonkowców – Żydów. Ci, aby się ratować, wszczęli tumult krzykiem „pali się!”. Wybuchła panika, w której stratowanych zostało na śmierć 30 osób, uczestników mszy, w tym pewna sędziwa hrabina. Bezpośrednio potem, zapewne w odwecie, jacyś ulicznicy obrzucili kamieniami synagogę, wybijając szyby.

No cóż, był antyżydowski eksces? Był. Było 30 ofiar? Było. A szczegóły… Kto sięgnie do źródeł? Nie chodzi o ich dostępność – kto będzie miał odwagę do nich sięgnąć? Jeśli nawet się taki znajdzie, zostanie zagłuszony przez rozmaitych rzeczników dziwacznie rozumianego historycznego pojednania, niekiedy szczerze przepełnionych dobrymi intencjami, potępiających wypieranie win z polskiej pamięci.

Pięciu zabitych to lepiej niż dwóch

Powyższy przykład pochodzi ze wstępu do książki Jolanty Żyndul „Zajścia antyżydowskie w Polsce w latach. 1935-1937”, książki, którą Alina Cała nazwała na naszych łamach dobrze udokumentowaną pracą i do której odwołuje się, podając wstrząsające wiadomości, iż w międzywojennej Polsce doszło do ponad 100(!) antysemickich pogromów.

Pani Cała zupełnie przy tym ignoruje fakt, iż tę „dobrze udokumentowaną pracę” już wiele lat temu zweryfikował Piotr Gontarczyk („Pogrom? Zajścia polsko-żydowskie w Przytyku 9 marca 1936 r. Mity, fakty, dokumenty”), sięgając – w przeciwieństwie do pani Żyndul – do archiwów policji i starostw, powołując się na konkretne dokumenty, podając, gdzie i jak je znaleźć. W świetle jego krytyki „dobrze udokumentowaną pracę” trzeba uznać za stek bzdur i fałszów, w którym do rangi pogromu podniesiono wiele pospolitych przestępstw – dosłownie każdą odnotowaną w ówczesnej prasie kłótnię na targowisku albo bójkę w knajpie.

Nikt nie podjął się polemiki z ustaleniami Gontarczyka, co wydaje się dobitnym przyznaniem mu racji. Pani Cała także udaje, że tych ustaleń nie zna. A może, jak przystało na znawczynię problemu, rzeczywiście nie zadała sobie trudu, by książkę historyka IPN przeczytać, względnie brzydziła się to zrobić.

Oto zresztą przykład, który pokazuje, że Alina Cała nie potrafi uczciwie, bez koloryzowania w stylu cytowanego powyżej opisu tragedii na pasterce w 1881 r., zacytować nawet samej Jolanty Żyndul. Alina Cała pisze: „w Odrzywole w powiecie opoczyńskim 20 i 27 listopada 1935… zabito pięć osób” – kontekst nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o Żydów zabitych przez jakichś polskich antysemitów.

Sięgnijmy do Jolanty Żyndul. Jej zdaniem w Odrzywole 20 listopada polscy chłopi pobili kilku Żydów i po raz kolejny pobili kilku Żydów 27 listopada, z czego jeden miał, według niej, wskutek pobicia umrzeć, i że jeszcze raz pobito Żyda na śmierć 29 listopada. Z analizy źródeł wynika, że po dwóch odnotowanych przez Żyndul bójkach do tragedii doszło 29 listopada, kiedy grupa chłopów usiłowała odbić z posterunku policji swoich aresztowanych za owe pobicia kolegów. Podczas szturmu na posterunek policjanci użyli broni, zabijając 11 chłopów – pozwolę sobie powtórzyć: polska policja zabiła polskich chłopów, wszystkich ich zresztą Gontarczyk wylicza z imienia i nazwiska.

Pozostali uczestnicy napadu na posterunek, uciekając, natknęli się na przypadkowego przechodnia, Żyda (również odnotowanego z imienia i nazwiska), którego pobili i który wskutek tego pobicia zmarł. Prawdopodobnie to on, z powodu jakiegoś błędu ówczesnych gazet, z których swoje wycinanki robiła Jolanta Żyndul, został przez nią „zabity” dwukrotnie, 27 i 29. Dwaj zabici to przecież zawsze lepiej niż jeden. A pięciu, których nie wiadomo skąd wzięła Alina Cała – jeszcze lepiej.

Alina Cała pisze, że w owych 100 pogromach w międzywojennej Polsce „nie wiadomo dokładnie, ilu ludzi zginęło, Jolanta Żyndul skłania się do liczby 17 ofiar śmiertelnych, ale przytacza inne źródła, które mówią o 25, a nawet 70 ofiarach”. W istocie Jolanta Żyndul oblicza liczbę ofiar na 14 (ale 17 to zawsze lepiej niż 14), a wspomniane źródła podające liczbę wyższą sama określa jako niewiarygodne. Mówiąc nawiasem, źródło mówiące o 70 zamordowanych przez Polaków Żydach to syjonistyczna gazeta wydawana w Palestynie.

Wspominać o nim to tak, jak wspominać, że istnieją źródła (konkretnie: wydawana w Syrii gazeta islamistów), według których 4000 ostrzeżonych zawczasu Żydów nie przyszło 11 września 2001 r. do pracy w World Trade Center.

Antysemickie pytania

Zabici zabitymi, tu być może szacunki nie są jeszcze wystarczająco dobitne, by cały świat zadrżał na wieść o rozmiarach tradycyjnego polskiego antysemityzmu. Zapewne będą sukcesywnie poprawiane; skoro zaliczono już – na co również pani Cała się powołuje – do jego ofiar likwidowanych przez podziemie konfidentów, działaczy komunistycznych etc., to można wszak doliczyć każdego Żyda, który zmarł nagłą śmiercią, włącznie z ofiarami wypadków komunikacyjnych i krwawej dyzenterii.

Ale inna podana przez Alinę Całą liczba brzmi już całkiem nieźle: „ponad 2000 ludzi zostało rannych lub poturbowanych, a ich mienie zrabowane lub zniszczone”. Nieźle. Tylko skąd ta liczba? Czy można prosić o podanie bardziej konkretnych źródeł, niż „bo tak powiedziała pani Żyndul”?

Rzecz w tym, że pytanie „skąd ta liczba” jest pytaniem tabu, uznawanym za z gruntu antysemickie. Dlatego właśnie autorzy tych antypolskich wycinanek bezkarnie żonglują jakimiś wziętymi licho wie skąd tysiącami czy dziesiątkami tysięcy.

We wspomnianym „opus magnum” historycznego… mówmy uprzejmie, pamfletu, Jan Tomasz Gross każe nam wierzyć, że w przeciętnych rozmiarów stodole w Jedwabnem oprawcy upchnęli 1600 osób. Jeśli nawet elementarny zdrowy rozsądek nie jest przeszkodą w operowaniu wziętymi z powietrza zerami – co nią może być?

Z jednej książki do drugiej, a stamtąd do mediów elektronicznych wędrują zupełnie fantastyczne dane – o tysiącach Żydów wymordowanych jakoby przez polskie podziemie w czasie wojny, a kolejnych 40 tysiącach jakoby wymordowanych po wojnie, gdy, cudem ocaleni z Zagłady, usiłowali wrócić do swoich zabranych przez Polaków domów etc. Nikt się nawet nie sili na wyjaśnienia, na czym te szacunki są oparte, i nikt nie pyta. Bo po co, skoro pasują one do tezy jedynie słusznej?

Nawet nie ograniczona z konieczności objętość, w której muszę zmieścić swój wywód, ale właśnie owa z góry założona słuszność sprawia, że nie chce mi się szczegółowo pokazywać kolejnych, mówiąc nader uprzejmie, nierzetelności Aliny Całej i innych „badaczy” antysemityzmu.

Do wspomnianej liczby 40 tysięcy zabrał się swego czasu Tomasz Strzembosz, bez trudu wykazując jej absurdalność. Nikt tego na Zachodzie nie cytował, podobnie jak nikt nie zauważał i nie cytował Grossa, gdy u zarania swej kariery pisał o martyrologii Polaków na okupowanych przez Stalina Kresach dawnej RP. Za to każde oskarżenie wobec Polaków i wobec Kościoła podchwytywane jest ochoczo i z punktu podnoszone do rangi dogmatu.

W bardzo wpływowych kręgach w USA, Kanadzie, Australii i innych krajach istnieje ogromny popyt na elaboraty o polskim antysemityzmie, każda tego rodzaju sensacja jest więc podchwytywana życzliwe w przeciwieństwie do sprostowań. Nie mam złudzeń, że także tezy Aliny Całej będą niebawem, względnie już są, przetłumaczone jako część uznawanej za naukową wiedzy o antysemityzmie. A w kraju, w którym większość przedstawicieli najlepiej wykształconej elity zdumiewa się, że Rzym (Rome) nie jest, jak zawsze sądzili, stolicą Rumunii, te historyczne odkrycia łatwo staną się częścią potocznej wiedzy o Polsce. Jeśli nie jej podstawą.

Gdyby tak bzdurzono o czymkolwiek innym, być może nonsensy doczekałyby się polemik. Ale tropiciele antysemityzmu dysponują argumentem, który skutecznie zniechęca do wdawania się z nimi w spory. Ogrom zbrodni Holokaustu, który po wielu latach pomijania doczekał się poczesnego miejsca w kulturze masowej Zachodu, pozwala im bezkarnie niszczyć każdego polemistę oskarżeniem o antysemityzm. Oskarżeniem, którego nie muszą dowodzić. Sam fakt, że się wątpi w ich wypowiedzi, jest dowodem wystarczającym.

To rozzuchwala. Alina Cała jest dobitnym – niejedynym – przykładem takiego całkowitego rozzuchwalenia i zaprezentowanie tego przykładu w całej krasie czytelnikom jest godziwym usprawiedliwieniem publikowania jej tekstów. Nie liczy się w nich z niczym, a najmniej z przyzwoitością.

Każdą antysemicką brednię przedwojennego plebana zacytuje z niezwykłą powagą, ale o potępiających antysemityzm wypowiedziach hierarchów z prymasem Hlondem na czele nie wspomni. Przeciwnie: „Kardynałowi Kakowskiemu najwyraźniej podobał się ten ton”, skoro cieszył się, że „Mały Dziennik” „spełnia chlubną rolę”… Ależ, co tam kardynał Kakowski! Niech pani walnie z grubej rury, że kolejnym papieżom najwyraźniej spodobał się ten ton, skoro ogłosili Maksymiliana Kolbego błogosławionym, a potem świętym. Co sobie pani żałuje?

Dlaczego na koszt podatnika?

Jeśli dla całego przedwojennego Kościoła reprezentatywne są cytaty z kilku radykalnych wydawnictw, jeśli dzisiejsza Polska to kilka listów czy wypowiedzi słuchaczy Radia Maryja o szczególnie „wzburzonych emocjach”… (A czy, pozwolę sobie zapytać, jest pani Cała pewna kontroli nad własnymi emocjami?). Jeśli… dodam jeszcze jeden przykład.

Pisze Alina Cała, że w Auschwitz „rzadko można spotkać polskie wycieczki”. Muzeum Auschwitz-Birkenau ma stronę internetową. Z danych z tej strony wynika, że w ubiegłym roku odwiedziło je w grupach zorganizowanych 400 tys. polskiej młodzieży szkolnej, a w ogóle wśród nieco ponad miliona gości Polacy stanowili około 700 tysięcy. Więc jeśli nawet w tak łatwej do zweryfikowania sprawie pisze pani Cała to, co pisze, to w tym punkcie polemikę z nią należy zakończyć.

Chcę ją zakończyć retorycznym pytaniem, po prostu dla usłyszenia krzyku świętego oburzenia, jaki ono wzbudzi: Skoro książka młodego autora, nader luźno związanego z IPN, oskarżona (pomińmy, w jakiej mierze zasadnie) o zbrodnię plugawienia mitu „Solidarności” i jej historycznego przywódcy, była – zdaniem licznych autorytetów i rządzących polityków – wystarczającym powodem do obcięcia budżetu IPN, to czy zechcą mi oni wyjaśnić, dlaczego „badania”, którymi zajmuje się Alina Cała, muszą być finansowane przez polskiego podatnika?


http://www.rp.pl/artykul/9157,322125_Ziemkiewicz__W_pulapce_antypolskiego_zacietrzewienia.html
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ambioryks



Dołączył: 22 Lut 2009
Pochwał: 7
Posty: 172
Płeć: Mężczyzna
Poglądy: Misesista/Rothbardianin

PostWysłany: Pią Cze 19, 2009 6:23 pm    Temat postu:
Odpowiedz z cytatem

Ziemkiewicz mógłby powiedzieć znacznie więcej w kwestii antysemityzmu i "antysemityzmu". Np. przytoczyć wypowiedź papieża Piusa XI: Przez Chrystusa jesteśmy potomkami Abrahama. Jesteśmy duchowymi Semitami". Oraz przytoczyć przypadki masowych morderstw komunistycznych partyzantów na Żydach. Dlaczego ta wstrętna i/lub głupia baba nawet nie zająknęła się o tym, że GL-owcy/AL-owcy zamordowali w czasie wojny wielokrotnie więcej Żydów niż AK-owcy i NSZ-owcy razem wzięci, mimo że GL/AL liczyła cały czas wielokrotnie mniej ludzi niż AK czy NSZ? Dlaczego nie powiedziała nic o zbrodniach na Żydach popełnianych przez oddziały GL/AL Stefana Kilanowicza vel Grzegorza Korczyńskiego, Władysława Skrzypka
"Grzybowskiego", Edwarda Gronczewskiego "Przepiórki" i wielu innych? Dlaczego nie wspomniała o tym, że w AK i NSZ byli Żydzi, tak samo zresztą jak w GL/AL, z tym, że często polscy GL-owcy mordowali żydowskich GL-owców? Dlaczego nie przytoczyła faktu, że w Katyniu zginęło około 400 polskich oficerów żydowskiego pochodzenia - co świadczyło o tym, że dla Żydów wcale nie był zamknięty dostęp do takich stanowisk? Przedwojenna Polska nie była endecka, tylko piłsudczykowsko-sanacyjna. A Piłsudski nie znosił endecji.
Nie wspominając już o tym, że jest faktem, że wielu Żydów na kresach faktycznie witało wkraczającą Armię Czerwoną. To wcale nie jest wymysł hitlerowskiej propagandy. Co prawda, hitlerowcy przerysowywali te fakty i dorabiali do nich własne teorie, ale co innego prezentacja samych faktów, a co innego ich interpretacja. Są relacje polskich oficerów i inteligentów z Kresów zadenuncjowanych i/lub torturowanych przez Żydów w służbie sowieckiej.

_________________
"Żadna władza nie jest lubiana przez ludzi" - Tukidydes.
"Im bardziej chore jest państwo, tym więcej w nim ustaw i rozporządzeń" - Tacyt
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość  
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Merytoryczna Reaktywacja! Strona Główna -> Historia Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

statystyka

Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island

(2 2/4422 8/0.20853) MojeForum.Net - darmowe forum
Katalog stron Team building Rzeczoznawca majątkowy Certyfikaty energetyczne Oświetlenie LED Obsługa informatyczna Obsługa informatyczna Outsorcing informatyczny